Phuket, Tajlandia 2026

Fotoreportaż z urlopu zimowego w Tajlandii.

Lato-2026

Zapraszam do wyczerpującej lektury na temat Azji i wspaniałego kraju jakim jest Tajlandia, ta część najmocniej turystyczna, ekskluzywna jaką jest wyspa Phuket.

Ziarno idei o Azji i o Tajlandii

Wychowywałem się w kulturze staro-japońskiej ćwicząc na poważnie karate. Byłem zawodnikiem z reprezentacji. Kultura samurajska była mi bliska od dziecka.

Od jakiegoś czasu Tomasz Rozmus – jedna z nielicznych postaci ze świata rynków, którą mimo upływu lat szanuję – wypowiada się na temat Azji a ściślej: Tajlandia, Kambodża i Wietnam. Dokładnie w tej kolejności, bo właśnie w tej kolejności mamy rynki nieruchomości od już nietaniego do najbardziej okazyjnego jakim jest Wietnam. Słucham i rozważam już od kilku lat.

Od jakiegoś czasu hobbystycznie szukam nieruchomości po świecie tam, gdzie jest atrakcyjnie, ciepło i wysokie nasłonecznienie. Reżim w Europie, która w połowie już się nie nadaje do życia również skutecznie mnie odstrasza i staram się poszukiwać na innych kontynentach lepszej jakości życia. Należę do ludzi wysoko wrażliwych na nasłonecznienie oraz jego brak. Dla takich ludzi Polska, gdzie słońca w zasadzie nie ma 10 miesięcy w roku, jest ciężka do życia.

Wiele lat temu gdy zająłem II miejsce w Ogólnopolskim konkursie plastycznym pt: “AK w walce o wolność i niepodległość” zakwalifikowałem się wówczas do światowego konkursu plastycznego. Jako konkurs globalny tytuł był już inny i dotyczył Tajlandii. Namalowałem techniką kolaż złoty (nie żółty a złoty) posąg Buddy. Wyszło ekstra i nawet jurorzy też tak twierdzili. Rzekomo nie dali mi wyróżnienia, bo obraz choć ekstra, to nie przedstawiał żadnej symboliki, przesłania. To oczywiście prawda. I tak zaczęła gdzieś tam z tyłu głowy krążyć Tajlandia.

Przed covidem w 2019 miałem wybraną wycieczkę do Bangkoku do hotelu 5 gwiazdek na zboczu nad wodą za 2000 zł na tydzień. Takie były wtedy ceny. Miałem lecieć sam. Gdy plan wycieczki zbudowałem i myślałem o dokonaniu rezerwacji wybuchła pandemia, co zatrzymało Tomka Rozmusa na dłużej w Tajlandii a mi nie pozwoliło tam wyjechać. Peszek jak to u mnie.

W sierpniu gdy dobrze stał rynek crypto, a mój największy portfel był 3 razy większy niż obecnie zaczęliśmy wspólnie z kobietą planować wycieczkę oczywiście na styczeń. Styczeń jest idealny do urlopowania się pod słońcem. Na początku to miały być Malediwy. Ale gdy zacząłem studiować oferty po wizycie w biurze wakacje.pl doszedłem do wniosku, że to trudny region. Samolot ląduje na Male i dotąd jest spoko. Ale wszystko potem to już koszmar. Jakiś lot lokalny do kolejnej wyspy. Potem jakieś łodzie. Na dystansie kilkuset kilometrów. Zależnie do tego na jakim atolu jest hotel. Pierwsza oferta to oczywiście najdalszy atol od lotniska. Druga – ciut bliższy. Nieakceptowalnie daleko od lotniska na wyspie stołecznej Male. Wtedy zrozumiałem, żeby zrobić Malediwy muszę się na prawdę dobrze przygotować. Wtedy na jakiś czas odpuściliśmy ten kierunek. Moja Wiktoria poddana i nerwowa…. Wtem wykrzyknąłem: Tajlandia! Nie wiedziałem, że jakieś instagramerki już zrobiły mi grunt w jej głowie pod ten region. I chyba właśnie dlatego to przeszło. Ogólnie nie szanuję zakłamanych gwiazd social-mediów ale w tym konkretnym przypadku się przydały. Zatem po paru dniach wróciliśmy do budki wakacje.pl i zarezerwowaliśmy wycieczkę wraz z konkretnym hotelem.

Najlepsze oferty Last Minute

Organizator wycieczki

Serwis wakacje.pl jest niejako pośrednikiem między organizatorami wycieczek a klientami. Zajmuje się też warstwą finansową. Poza wycieczką dba o parking przy lotnisku, transfer z i do parkingu czy też transfer z i do hotelu na miejscu. Ponadto pośredniczą w ubezpieczeniach na czas podróży bo bywa, że szpital może być bardzo drogi jak np. w Dubaju czy w USA. Są to sumy nieosiągalne dla Polaka, dlatego warto o tym pomyśleć.

Faktycznym organizatorem naszej wycieczki było biuro podróży CoralTravel. Bardzo mi się spodobało. Wyczarterowali nam bezpośredni lot z Katowic do Phuket. Lot trwał 10h w tamtą stronę i 11,5h w powrotną. Dokupowaliśmy za 100 zł za osobę w jedną stronę (razem 400 zł) lepsze (oraz konkretne) miejsca w samolocie z przestrzenią na nogi – warto. W samolocie były dwa posiłki. Takie nawet OK. Wiadomo, mikruśne porcje. Cieszyliśmy się, że nie trzeba było się męczyć wielu godzina na lotniskach przesiadkowych. Weźmy Dubaj, lotnisko zimne bo przesadzają z klimatyzacją i siedzenia niewygodne. A tu bezpośredni lot – super! Lotnisko na Phuket jest niewielkie, nie większe niż Katowice. Ale gdy wychodzisz z samolotu i otula cię to ciepło to już dusza się cieszy 🙂

CoralTravel zadbał nawet o karty SIM choć my już na lotnisku kupiliśmy sobie karty operatora AIS do telefonów we własnym zakresie. I to co mnie bardzo ucieszyło to to, że CoralTarvel był z nami tam na miejscu. Odpowiednie osoby wsadziły nas w odpowiednie busy do naszych hoteli. Nazajutrz pracownik biura odwiedził wszystkie hotele oferując wycieczki. Wycieczki były z polskimi przewodnikami i w konkurencyjnych cenach (co już sprawdziłem wcześniej przed wylotem). Wykupiliśmy prawie wszystkie wycieczki. Poza Bangkokiem bo już nie starczyłoby sił i czasu. I właśnie te wycieczki zrobiły nam Tajlandię. Zdaję sobie sprawę, że więcej jak 70% turystów chleje na terenie hotelu przy basenie i trochę nad wodą. I tak spędzają urlop. Ale nie my! U nas muszą być przygody. I były!

Reasumując CoralTravel jest świetnym organizatorem. Najlepszym ze wszystkich z jakimi miałem do tej pory przyjemność.

Pierwsze chwile

Gdy jechaliśmy busem z lotniska do hotelu przez okno obserwowałem Tajlandię. Były normalne sklepy, nie to co na Zanzibarze. Drogi asfaltowe były wszędzie. Jednakże zabudowa była niechlujna, taka często bylejaka. Z pewnością Tajowie nie są perfekcjonistami jak Polacy. U nas mieszkania są jednymi z najładniejszych. O każdy detal potrafimy wydrzeć mordę na budowlańca. Gdzie indziej na świecie tak nie jest. W Afryce czy Azji ludzie się tak nie przejmują wszystkim a zwłaszcza zbędnymi głupotami jak my tu w PL.

Dojechaliśmy do naszego hotelu: Bandara Resort. Już w busie inni Polacy mówili nam, że nie będzie tak jak na zdjęciach. Dopłacałem do lepszego pokoju kilkaset złotych. Gdy wszedłem i spojrzałem na widok z balkonu standardowo się wkurwiłem. Jak zwykle. Już do końca dnia czułem się oszukany. Ponownie. Liczyłem na widok na lazurową wodę. Był… ale gdy się człowiek wychylił tak że niemal nie wypadł z balkonu. Gdy się usiadło na balkonowym fotelu widok był na sąsiednie domostwo gdzie nie mieli okna, drzwi ani nic. Po prostu pokój przejściowy jakiś Tajów.

Widok z okna po wychyleniu się na maksa

Wiedzieliśmy, że w Tajlandii najbardziej podstawowy sklep to seven-eleven. Wiedziałem, że jest 280m przed naszym hotelem bazując na nawigacji. No to w drogę. Mówię do kobiety że idźmy tam gdzie inni Polacy, był w tle taki czerwony sklep, jakiś inny. Kobieta uparła się na 7-11 (seven-eleven). No to ruszyliśmy drogą bez chodnika – jak mnie to irytowało! Po 2.5 km stwierdziłem, że to zbyt pojebane i coś jest nie tak i zawracam. Okazało się że faktycznie był ów sklep 300m od hotelu ale my akurat wtedy podziwialiśmy drzewo z bananami przy drodze i pominęliśmy nasz cel. Dla mnie było to już zbyt wiele. Już do końca dnia chodziłem wnerwiony aż po paru browcach jakoś doszedłem do normalności, powiedzmy. Ich browar Chang i/lub Leo są spoko. Potem wyszliśmy do baru przyhotelowym, baru Flamingo, który na zdjęciach prezentował się świetnie. Usiadłem w takim lepszym fotelu przy stoliku z widokiem na wodę. Piękny lazurek. Potem podchodzi pracownik i mówi że siedzenie w tym miejscu kosztuje 2500 BHT za sam fakt że akurat tu se siadasz. Moja blado-czerwona twarz z nerwów zrobiła się już purpurowa. Weszliśmy do baru do wnętrza. Jako tako znałem już ceny ich różnych trunków czy jedzenia. Patrzę w menu a tam wszystko kilka razy droższe i to dużo powyżej typowych cen w lokalach w tym kraju. Chrzanić to! Wyszliśmy nad wodę. Wiktoria chciało w prawo a ja w lewo. W lewo było spoko plaża. Ta się upiera by iść w prawo. Poszliśmy: sam żwir, kamienie i łódki. Znowu się wkurzyłem. Po prostu miałem dość. Stwierdziłem, że pójdę do najbliższego sklepu, tego z czerwonym szyldem kupię kilka browarów i jakoś domknę ten dzień męczący i zjebany. Tak też uczyniłem. Na początku Tajlandia mnie wymęczyła nerwowo. Po czteropaczku Changa położyłem się. Komary nie zaatakowały i to była pierwsza optymistyczna rzecz tego wieczoru. Oczywiście nie zasnąłem wcale przez pierwsze 3 dni. Do dziś nie wiem czemu. Czy różnica czasu i temperatury, czy podniecenie, czy nerw, czy wszystko na raz.

Widok przez basen na Morze ze szczytu hotelu

Gdy się wyszło na plażę to w głowach mieliśmy taką wdzięczność opartą o świadomość, że w Polsce teraz jest ekstremalnie zimno i mnóstwo śniegu, który w Gdańsku dla przykładu sparaliżował ruch miejski. I ta myśl była moją przewodnią tego dnia. Jak dobrze być w ciepłym, wysoce nasłonecznionym miejscu nad lazurem. Leżysz sobie na piasku i wgapiasz się w krystalicznie czystą i turkusową, cieplutką wodę. Szum morza, jego fal na częstotliwości 432 Hz koi i uspokaja wprowadzając w relaks. Uziemione stopy oddają jony ujemne matce Ziemii zwanej dalej Gają. Wysokie zasolenie wody goi moje wiecznie odrapane dłonie niczym wybitna pani od manicure. Nad głową specyficzny dźwięk… skrzeczenie i śpiew jednocześnie majny brunatnej, ptaków. Bardzo charakterystyczne.

Dzień drugi

Drugiego dnia mieliśmy umówionego pana z biura podróży CoralTravel, który miał nas teoretycznie wprowadzić w najważniejsze informacje o Tajlandii, ale tak na prawdę jego główne zadanie to była sprzedaż wycieczek. Jako że miał się zjawić w okolicach 15:30 to po śniadaniu spędziliśmy miły czas na plaży.

Plaża na Phuket przy hotelu Bandara Resort

To było pierwsze opalanie. Tym razem staraliśmy się nie spalić tak jak na Zanzibarze, więc smarowaliśmy się kremami z filtrem, olejkami oraz kremami aloesowymi po opalaniu. Na twarz krem SPF 30. Dziś skóra lekko schodzi, ale nie lata niczym mąka po pokoju, tylko tak trochę, subtelnie gdzieniegdzie. Afrykańskie słońce na Zanzibarze pierwszego dnia mnie tak spaliło, że miałem zimne poty, dreszcze, nie mogłem spać, wyłem z bólu, a w nocy dziewczyna patrzała czy nie walnąłem kity. No bo przecież jakby sama wróciła do Polski – przecież nie że z troski 🙂 Tu było powiedzmy normalnie dla odmiany. Popełniam w życiu każdy możliwy błąd jakieś 15 razy więcej niż ktokolwiek, ale prawie nigdy dwa razy.

Generalnie to nie wiem dlaczego Phuket a nie Bangkok. To zupełnie odmienne oblicze Tajlandii. No ale zawsze wybieram rajskie plaże i studiuję tajemnicę lazura od raf koralowych przez piaski o konsystencji cekolu po nasłonecznienie względem odpowiedniej głębokości. Planuję przestudiować ów lazur na całym świecie i każdym kontynencie. No nie licząc obleganej przez wojsko Antarktydy, gdzie jest pilnowana największa tajemnica znanego nam świata o tym, że ten świat jest znacznie większy niż nam się wmawia, gdzie kontynentów jest przynajmniej o 178 więcej w najbliższym otoczeniu.

O ile Tajlandia w Bangkoku z lady-boy, burdelami itd. choćby z filmików na YouTube jest taka charakterystyczna, o tyle na Phuket nie spotkałem się z tego typu zjawiskami. Co do urody młodych Tajek to tak są ładne i szczupłe. Ogólnie Tajowie są generalnie szczupli, grubas to rzadkość. Jedzą zdrowo, smażą nie wiem na czym ale nie na oleju, chyba jakiś rodzaj sosu sojowego w patelni typu wok. Nie jedzą ziemniaków tylko ryż. Nie uznają wieprzowiny tylko kurczak, krewetki czy wołowina – najlepsze białko, a białko jest podstawą odżywienia. Świńskie mięso jest złe i nie jest uznawane przez religie muzułmańską (14% zamieszkujących w Tajlandii osób). Ponadto jest nawet powiedzenie “podłożyć świnię” i faktycznie świnia, jako mieszanka dzika z człowiekiem, została nam podłożona byśmy chorowali. W Tajlandii wieprzowinę widziałem tylko dwa razy jako bekon do jajecznicy przy śniadaniu dla turystów. Natomiast ziemniak bywa nazywany w środowiskach tzw. teorii spiskowych czy też ludzi przebudzonych: “jabłkiem diabła” – nie bez powodu.

Typowy obiad tajski wyglądał m.w. tak:

… czyli kurczak, ryż i warzywa. Często spożywany kokos, ale inny niż w Afryce – dużo mniej miąższu, zielony, po prostu inny. No OK nie licząc browarów, gdyż Tajowie mało piją na codzień, tak przynajmniej mi się wydaję, za to Polacy – znacząca grupa turystyczna w Tajlandii – jak najbardziej 🙂 Cena takiego obiadku to około 20 zł. Browar jest stosunkowo drogi w Tajlandii: około 7 zł za puszkę. Piją głownie ichny Chang i Leo oraz japońskie Asahi i znany nam Heineken.

Gdy około 15:30 wszedł do lobby hotelowego przedstawiciel biura podróży z makietami informacyjnymi na temat wycieczek od razu mu wyłożyłem, że jesteśmy zainteresowani dużą liczbą najfajniejszych wycieczek. Był zdziwiony, że nie musi się aż tak produkować przekonując do sprzedaży produktu. Ostatecznie wydaliśmy 31000 THB (3700 PLN) na wycieczki w sumie 5 dni wycieczek: Phuket Discovery, Similany, 2-dniowa 11 wysp oraz słonie. I z naszego hotelu gdzie razem z nami przyjechało poza nami jeszcze 16 Polaków tylko my jeździliśmy na wycieczki. Ale z innymi Polakami z innych hoteli, lecz z tego samego samolotu. Na wycieczkach byli Polscy oraz Tajscy przewodnicy. Wszędzie dało się dogadać po angielsku ale w większości sytuacji gadaliśmy po polsku.

Dzień III – Phuket Discovery

Pierwsza wycieczka była specyficzna, gdyż była dosyć długa i najtańsza ze wszystkich bo tylko 39 Euro za cały dzień wrażeń. Pod względem cena do jakość to była chyba najlepsza z naszych 4 wycieczek. Waluty euro nie posiadałem. W Katowicach obok hotelu Silesian Quality [coś tam] gdzie nocowaliśmy przed lotem i po locie powrotnym; nieopodal była Galeria Handlowa Trzy Stawy, a tam kantor gdzie była bat tajski, co nie jest to zbyt powszechne w kantorach. Wymieniłem tam 4000 zł na baty. I wszędzie w Tajlandii płaciłem ich lokalną walutą. Za wycieczki u Corala także. Kwota OK jak na 10 dni. Nawet nie wydałem całości (a 3/4) gdyż generalnie wszystko tam jest tańsze niż w Polsce. Dlatego opłaca się mieszkać w Azji i pracować zdalnie choćby w Polsce. Popularnym kierunkiem do życia na emeryturze teraz jest Wietnam, Kambodża oraz Filipiny. Tajlandia już drożeje, choć dalej jest taniej niż w Polskich większych miastach, gdzie ceny są absurdalne względem średnich zarobków i kto umie myśleć (mniejszość z nas) powinien szukać jakichkolwiek alternatyw. W poprzednim artykule omawiałem kunszt pracy z drewnem co jest jedną z możliwości. Dziś omawiam inną: wyprowadzkę do Azji 🙂

W naszym hotelu na Phuket Bandara Resort [coś tam] mieliśmy w cenie podstawowej śniadania – bardzo fajne i co ważne w stylu tajskim, a nie europejskim. Tajska kuchnia słynie z tego że jest zdrowa, smaczna i dosyć ostra. I to jest prawda, która bardzo mi odpowiada. Rzekomo ostrość kuchni bierze się z luk w higienie, w końcu Azja jest brudniejsza choćby dlatego, że cały czas są upały od 25 do 40 stopni okrągły rok. A to oznacza, że bakterie itp. nie są mordowane w trakcie zimy jak u nas w Polsce. Ponadto nie oszukujmy się Azja jest biedniejsza niż Europa, o czym świadczy zabudowa czy fakt, że na skuterach na drodze można zobaczyć 3-4 osoby na jednym skuterze – dla mnie szok kulturowy. Skuter jest najpopularniejszym środkiem transportu (jeżdżą bez kasków zwykle – szok!) a po nim samochody o wyższym podwoziu jak np. pick-upy. Rządzi tak jak w Afryce Toyota.

3 z 4 wycieczek pozwoliły nam zjeść hotelowe śniadanie. Prawdziwa kawa jest dostępna dosyć ciężko, na śniadaniach z ekspresu byłą dobra. Ale w sklepie nie kupisz kawy tzw. sypanej czy ziarnistej. Mimo, że północna Tajlandia uprawia kawowce to na południu najpopularniejsza jest Nescafe 3 w 1. Tak ten shit. Tajowie gdy słodzą to słodzą konkretnie z racji tego, że ich kubki smakowe są wypalone od wiecznie ostrego żarcia, gdzie nawet małe dzieci jedzą ostre. Ale że na śniadaniach w formie otwartego bufetu był ekspres taki jak na Orlenie powiedzmy, a nawet 3, to dobrej kawusi się raz dziennie napiłem (od razy 3 rzecz jasna). Były nawet moje ulubione czyli: mocha i flat white. Śniadania były od popularnych jajecznic i parówek aż po coś na wzór obiadów: zupy i dania z ryżem, makaronem, kurczakiem. Oczywiście szynki i parówki w Tajlandii zazwyczaj są z kurczaka wszędzie.

Na początku pojechaliśmy autobusem do miejsca, gdzie były 4 słynne kościoły buddyjskie. Jako że buddyzm szanuję znacznie bardziej niż katolicyzm (baaa! bez porównania) to było fajne przeżycie.

Tak wszędzie łaziłem w tych beżowych i wygodnych klapkach z Sinsaya. W tamtym klimacie klapki to najpopularniejszy rodzaj obuwia. I to dużo bardziej niż japonki czy sandały. Oczywiście do świątyni nie można było wchodzić w obuwiu, więc tutaj na bosaka (potem w hotelu tradycyjnie stopy nacierałem amolem).

Tak, wiem ciężko uwierzyć, że mam 40-che. Recepcjonistki na siłowni były w ciężkim szoku jak mówiłem, że ćwiczę 31 lat (hobbystycznie rzecz jasna). Zazwyczaj ludzie dają mi 26 lat. I niech tak pozostanie 🙂

Po świątyniach ruszyliśmy do instytutu ziołolecznictwa i naturoterapii czy jakoś tak. Kupiłem tam maść z jadu kobry na bóle stawów i kości. Ale to co było najmilszym przeżyciem to…

Prawdziwy wąż python

… zdjęcie z prawdziwym wężem pythonem. Dla programisty Pythona to wielkie przeżycie!! Od teraz czuję się prawdziwym Pythonowcem! 🙂 Zwierzak był bardzo przyjemny w dotyku, nie wyczułem od niego negatywnej energii, a wręcz pozytywną – kochany słodziak.

Następnym punktem wycieczki było muzeum kamieni szlachetnych. Za dzieciaka zbierałem magazyn z DeAgostini “Skarby Ziemi”. Od zawsze uwielbiałem kamienie. Zaczęło się od przyjemnej wycieczki kolejką przez inscenizacje 5D o tym jak dawniej wydobywano w Tajlandii kamienie i perły, były nawet częściowo ruchome figury woskowe. No a potem wiadomo szwadrony sprzedawców by człowiek coś kupił. Perły były w miarę OK cenowo, ale reszta to już dziesiątki i setki tysięcy złotych. Aż tak się nie znam ale wydawało mi się, że perły i złoto z kamieniem nie były drogie w stosunku do standardów cenowych.

Na koniec dnia wyruszyliśmy na niedzielny jarmark. I chyba tylko tam widziałem przydrożne żarcie w tym nieznane mi wcześniej ośmiorniczki i inne dziwactwa. Mieliśmy 2h wolnego, więc kroczyliśmy przez witryny sklepikowe, China Town aż w końcu trafiliśmy do pubu. Podawali idealnie schłodzone piwo Chang. No rewelacja, takie oszronione szklaneczki z piwem w idealnej temperaturze! W którymś sklepiku moja kobieta kupiła sobie klapki Louis Vuitton. Nie sądzę żeby były oryginalne, ale ładne były. Trochę się potargowałem ze sprzedawcą i za 450 THB sprzedał. Ja za to uraczyłem się prawdziwym Red Bullem, bo marka ta powstała właśnie w Tajlandii i oryginalny Red Bull stanowczo różni się od naszego.

Tłum na niedzielnym jarmarku

Ludzi było tak dużo, że nasz syndrom aspergera kazał szukać schronienia. Bar z chłodnym Changiem zdał egzamin.

Po powrocie na nasze rewiry skoczyliśmy coś zjeść do lokalu obok – był to obiadek pokazany wcześniej na zdjęciu – przepychota!

Po kilku browcach poszło się spać…. rzecz jasna nie mogliśmy zasnąć. Znowu.

Dzień IV – Similany: Malediwy Tajlandii

Wyprawa była o 7.00 a śniadania od 6:30 więc załapaliśmy się. Pojechaliśmy busikami do portu. Tam – wstyd się przyznać – pierwszy raz w życiu pływałem katamaranem. Jest to speedboat który pokonywał fale z prędkością 70 km/h. Ale dopiero jak spojrzałem na mapę zobaczyłem że płyniemy w niespodziewanie na prawdę daleko!

Bandara Hotel a wyspy archipelagu Similians

Zarówno dojazd jak i dopłynięcie dość mocno nas wytarmosiły. Coś jak godzina spędzona w uruchomionej betoniarce. Ale właśnie tam, na miejscu w sercu Similanów na tzw. wyspie nr 8 zobaczyłem po raz pierwszy lazurek na zrozumiałym dla mnie poziomie 🙂 Może to chore zboczenie ale mógłbym cały świat zwiedzić wzdłuż i wszerz tylko po to aby znaleźć najładniejszy lazur tafli wody, ten najbardziej idealny.

Wyspa nr 8 archipelagu Symilany

Miałem ubrane buty do wody zakupione w Afryce, ale niespecjalnie się przydały w Tajlandii. Tu w wodzie nie było jeżowców. Raz moja Wiki zarąbała stopą w kamień i ludzie musieli ją ratować gdy leciała jak mumia na glebę. Ale udało się. Faktycznie trochę sporadycznie występujących kamyków dało się wyczuć w wodach idealnego turkusu.

Zwiedziliśmy w sumie 4 wyspy, z czego ta pierwsza (zdjęcie powyżej) była najładniejsza. Najpierw wchodziliśmy takim kamiennym szlakiem na punkt widokowy, a potem mieliśmy trochę czasu dla siebie by się wykąpać.

W drodze powrotnej katamaranem zażyłem tabletkę lokomotiv. Faktycznie płynęło się lżej. Byłem szczęśliwy, gdy wróciliśmy do hotelu. Dwa męczące dni pełne wrażeń były już za nami za nami. Majna brunatna delikatnie przyśpiewuje, kobieta schłodzonego browarka podaje… tak mógłbym się zestarzeć. Nazajutrz wreszcie wolne! A że z wolna płynie czas -chwilo trwaj i nigdy nie przemijaj!

Dzień V – opalanko, kąpiel, beztroska. Tak chcę odejść.

To był spokojny dzień, trochę jak cały urlop 3/4 turystów, czyli żarcie, chlanie, plaża i odpoczynek. Tego dnia moja Wiki poszła do fryzjera by jej warkocze zrobić, podwójne w stylu lary Croft z ukochanej gry Tomb Raider. Nie powiem, starannie to wyszło pewnej Tajce. Co ważne w normalnym salonie, a nie na podwórzu jak w Afryce. Fryzjerka dość zauważalnie wgapiała się w robione rzęsy mojej kobity. Nie dziwota, takie mocarne trzepaki wachlarzy to chyba tylko u nas są popularne hehe:) Wykorzystałem czas na opalanie. W końcu z bladzizny młynarza wyszedłem na lekko brązowy niczym whisky fajny kolorek, także konkretnie żeśmy się opalili. Trochę leżenia wraz z Changowym nawodnieniem przerywanym interwałami kąpieli w morzu Adamańskim – wybitnie słonym. Woda cieplutka na moje co najmniej 26 stopni. Gdy tak sobie beztrosko leżę i spijam bronxa… coś mi wali sianem. Odwracam się, patrzę, a za mną chudziutka ładna dziewucha nieznanej mi narodowości na legalu se pali jointa! Wyjaśnienie przyszło później. Ale byłem rad jakobyż wolności atmosfera otuliła moje wiecznie znerwicowane nadmiarem trosk i myślą zmącone spojrzenie poety wiecznie w dal jakby tam coś było i czekało choć to jedynie iluzja.

Takich spokojnych dni w ciągu ostatnich 39 lat miałem tyle co kot napłakał. Czasem się zastanawiam dlaczego niektórym żyje się tak ciężko podczas gdy inni wydają się być za głupi na trosk nawałnicę?! A może jest tak, że ja w poprzednim życiu wymordowałem kilka wiosek niewinnych czy jakżeby inaczej Karma mnie tak gnębi przez wszystkie me dni aż do skończenia świata, 3D matrycy tu pod kopułą Matrixa… ale nie dziś, dziś sobie żyję, oddycham i za cholerę niczym przejmować nie zamierzam 🙂

Właśnie dostałem sms’a z jakiegoś nieznanego numeru. Rzekomo oferują pożyczkę do 150 000 zł bez żadnych dokumentów. Odpisałem im, że wolałbym wyskoczyć z okna niż skorzystać. Byłoby to rozsądniejsze jak mniemam.

Wracając do wycieczki, za którą tęsknię (i chyba kiedyś tam wrócę)… kolejne 2 dni to już było konkretnie pod kątem wydarzeń czy przygód, tam już się działo. Ach te widoki i ciepełko w tyłek!

Dzień VI – wyprawa 11-tu wysp

Wyjazd 5.00 rano. O śniadaniu nie było mowy. Teoretycznie można było wieczorem zamówić tzw. lunch – boxy ale ja nie lubię głupoty ani głupich wymuszeń na siłę, więc olałem temat.

Powiem tak: ta wycieczka zrobiła nam całą Tajlandię. Bez kitu! Zatem jeśli się zastanawiacie nad jedną jedyną wycieczką to polecam właśnie tą: 2-dniowa 11 wysp, bo tak się nazywa. To taka cała Tajlandia (w sensie sam Phuket) w pigułce.

Zaczęło się jak poprzednio: przystań i katamaran. Na przystani śniadanko, kawka i inne grupy: chińskie, ruskie i japońskie. No oni mają stosunkowo blisko do Tajlandii. My mamy dalej, ale i tak gdzie nie spluniesz i nie rzucisz kamieniem tam w jakiegoś Polaka trafisz. Matki – Polki tyle nas narodziły, że jesteśmy największą mniejszością narodową we wszystkich krajach świata łącznie z mroźną Islandią.

Szczerze mówiąc, nie pamiętam wszystkich 11 wysp, 11 przystanków. Pewnie wliczali w to także cumowanie przy kilku celem snurkowania i podziwiania rafy koralowej, czy też małp mieszkających w skałach wapiennych obrośniętych lasem namorzynowym, które to tak nagle wyrastają z wody. Pejzaż, z którego słynie ta część świata: Tajlandia czy Wietnam.

Skały wapienne z lasem namorzynowym nad wodą

Obiad zjedliśmy na sztucznej wyspie na “pontonach”. Legenda głosi, że kiedyś obcokrajowcom kazano opuścić ziemie Tajlandii. Nie wyobrażali sobie tego tak jak ja w dniu odlotu! Dlatego zbudowali oni miasteczko na wodzie. Mają nawet stadion piłkarski na pontonach, gdzie trudniej utrzymać równowagę, Podobno się liczą w lidze południowej Tajlandii. Obecnie najczęściej przypływają tu turyści coś zjeść. Stosunkowo niedawno jeden biały tu założył hotel, W dowodzie wdzięczności i jedności z okolicą założył elektryczność na całej tej pływającej wyspie, która ma nawet bankomaty czy telewizory w pokojach w omawianym hotelu.

Miasteczko na wodzie

Żarcie takie sobie tam było. Jak zwykle dla mnie zbyt chłodne, z wydawki. Ale inspirujące jest to, że człowiek się zastanawia co oni tam jedzą na tych pontonach i skąd, a oni ci jeszcze zbudowali restaurację na 400 osób.

No i tak sobie pływaliśmy przeżywając rozmaite atrakcje…

Wtedy nie wiedzieliśmy gdzie płyniemy… No powiem tak: było strasznie. Bałem się o kobietę w pewnym momencie, że jej się stanie krzywda. O sobie nie myślałem jak zwykle. Wiem, że diabli złego nie biorą. Co innego jej śliczna twarzyczka i te ostre skały. Było grubo. To była chora atrakcja turystyczna. Nie powinno to tak wyglądać.

Ale od początku… dopływamy naszym katamaranem do takiego mini portu. Tam widzimy pontony na 3 miejsca gdzie z tyłu jest osoba – flisak z wiosłami, a z przodu dwa wolne miejsca. Takich pontonów jest wiele. Gdy nasza łódź zacumowała my wchodzimy na ten nawodny pokład, taka platformę. Nasz przewodnik do nas, że sobie teraz wchodzimy do pontonów po dwie osoby. Powiedział to tak beztrosko jakby częstował czekoladą.

Flisak jak z horroru “Koszmar minionego lata”

Kobieta podniecona. Ja jak zwykle obliczone wszystkie możliwe scenariusze. Toć moja kobieta nie umie pływać! Kurde, nawet w kamizelce sobie może znowu nie poradzić! Tego jednego dnia miałem nadzieję się nie martwić… zapomnij. Gdy tak sobie pływamy i podziwiamy widoki a czujność wydaje się być uśpiona flisak do nas: połóżcie się! Ja patrzę i nie dowierzam. Między taflą wody a zwisającymi stalaktytami czy stalagmitami prawie nie ma żadnej wolnej przestrzeni.

A my tam wpływamy! Czy on oszalał czy oni wszyscy są szaleni?! Ja to tam luz wylane nie zależy mi, ale ona… Już widzę odrapaną do krwi twarz oczyma wyobraźni… Co ja powiem Januszowi – jej ojcu?! Że córa została na skale i utonęła? Wpływamy. Było ciemno, że oko wykol. Po dłuższej chwili z głową między nogami flisaka pojawia się światełko w tunelu. No i nie wiesz czy jebnąłeś w kalendarz czy to już koniec tego horroru…

„Jak pisał Choklem: Śmierć to tylko zmiana formy energii. Więc nie płacz nad tym, co się kończy, bo to błąd jest energii. Jak masz zadrapaną twarz, to znaczy, że się bawisz. Jak Cię nic nie boli, to się z życiem nie mierzysz, stary.”

… wypływamy. Patrzę: kobieta cała, nie draśnięta – uff. Dobrze, że tak to się skończyło a nie alternatywnie.

Możliwe, że coś pokręciłem z chronologią tej wyprawy, ale mniejsza z tym. Na następnym przystanku mieliśmy czas dla siebie. Każdy przystanek był Parkiem Narodowym, gdzie wstęp był możliwy dzięki naszym specjalnym opaskom na ręce. Były kible, zwykle straszne i bez papieru. Jeden nawet był w wydrążonej skale. Wejście do kibli zwykle było w postaci basenu by nie zostawiać piasku w łazience. Raz nie zauważyłem, że za takowym basenikiem była dziura. Wpierdzieliłem się tam klapkiem, po czym gnojówa na twarzy. Peszek.

No ale dobra idziemy za innymi Polakami na wspomniany punkt widokowy. Nie no… znowu jakiś żart! Strome schody z metalu w skale. Dochodzę na pierwszą z co najmniej 3 platform, gdzie są ławeczki. Dalej nie idę. Machnę fotę i poczekam aż kobieta wróci. Nie ufam tym schodom, nie wyglądają solidnie skoro lęk wysokości daje się we znaki. Kobieta dotarła do następnej platformy i się cofnęła. Rzekomo na szczycie był ładny widok. Ale cóż nie dowiemy się. Tyle co z Google’a. Nasz wysiłek dał takowy widoczek:

Zeszliśmy popływać w wodzie na plaży. Ja tam praktykowałem unoszenie się na wodzie bez ruchu tak że ręce i nogi są lekko nad wodą. Mojej Wiki się to spodobało i zaczęła trenować ów sztukę. Pod koniec urlopu coś tam delikatnie zaczęło jej jakby wychodzić, a przynajmniej tak twierdziła. Nikt nie zna prawdy. W rzekomym uwielbieniu podziwiano jej wyczyny na całej plaży aż po horyzontu kres. Bądźże uwielbiona o wielka Wiktorio! – powstawszy kłanialiśmy się w pas. O Aniele wysłuchaj nas.

Wyspa Jamesa Bonda

Najbardziej obecnie rozpoznawalną wyspą typu skała wapienna obrośnięta lasem namorzynowym, która nagle wyrasta z wody jest tzw. wyspa Jamesa Bonda.

Nazywają tego “grzybka” w ten sposób z 3 powodów. Po pierwsze Ao Phang Noa nie brzmi zbyt przekonująco. Po drugie widoczek ten wystąpił w filmie James Bond: człowiek ze złotym pistoletem z 1974 roku, gdzie tytułowego bohatera grał Roger Moore. Aż specjalnie obejrzałem ten film. Faktycznie wyspa ta pojawia się w pierwszej scenie jak Scalamanga zabija jakiegoś nieznanego typa w nazbyt wymyślonej inscenizacji, gdzie nie wiadomo o co chodzi. Ale to dzięki temu filmowi Tajowie tak wdzięczni są tej angielskiej produkcji filmowej. Przed tym arcydziełem angielskiej kinematografii rdzennej ludności żyło się znacznie wolniej trudniąc się rolnictwem (ryż, kauczuk), przemysłem wydobywczym (głównie cyna) czy też rybołówstwem i handlem morskim. Od tego filmu Tajowie zaczęli zajmować się turystyką. Napływ ludzi był ogromny. Tajlandia już nie była tajemniczym Syjamem na końcu świata (nazwa kraju do 1941 roku) lecz zaczęła się przekształcać w obecny dziś raj turystyczny. No i faktycznie największym źródłem zarobkowym Królestwa Tajlandii obecnie jest turystyka. Potem było jeszcze kilka wielkich filmowych produkcji jak “Niebiańska Plaża” z Leonardo DiCaprio kręcona na obu stronach Maya Bay czy też filmy takie jak np. “The Quest” z moim ulubionym aktorem Jean Cloude Van Damme.

Phi Phi i nocne życie

Po wyżej wspomnianych atrakcjach ruszyliśmy na najbardziej znany archipelag wysepek zwany Phi Phi. Trochę miejskiego życia Tajów w końcu zobaczyłem. Łódka zacumowała dalej niż oczekiwał kapitan. Niski stan wody. Tam są pływy i mogliśmy nie utrafić. Tak czy siak kilku centymetrów zabrakło i zmęczeni całym tym dniem z dobytkiem na plecach, a każdy miał po dwie torby, szliśmy w nieskończoność do miejsca przegrupowania. Moja kobita ledwo szła. Myślałem, że padnie i się zgubimy a zakrętów było od groma. Gdzie ten szalony przewodnik nas prowadzi?! Taki jeden koks z kalafiorowatymi uszami (od MMA) też szedł wolno. Trzymaliśmy się go, ale moja Wiki była niewyraźna jak telewizja analogowa w 1990. Po 2 km tego morderczego przemarszu, gdzie jakimś cudem udało nam się dotrzeć i nie zgubić nasz “wodzirej” rozdawał klucze. Nie wiem skąd między nami grupki, podziały itd. Wyglądało to trochę jakby wszyscy przylecieli do Tajlandii w grupki kilkuosobowe a tylko my jako para jedynie 2 osób. Już tak kiedyś miałem jak w 2005 z kumplem polecieliśmy do Londynu zarobić jakiś grosz na kurs prawa jazdy w moim przypadku. Wszyscy się dziwili że dwóch 18-latków ot tak se przybyło podbić Anglię. No ale pomijając te wypociny przeszłych osiągnięć gdy na strach było się za głupim… dostaliśmy w końcu klucz. Pokój 7000 ileś. Idź do wafla! Gdzie to jest? Wszyscy mieli pokoje blisko a my na końcu 5 budynków dalej. Czy to oby ten sam hotel? I tak se idziemy (to już nasza czwarta próba po 3 zapytajkach do ludzi i błądzeniu), 2 piętra schodów i jesteśmy. O! Nareszcie umyję się – jak mi tego było potrzeba. Jak zwykle w hotelach najpierw wyłączamy klimę. A po co nam ona?! Na miłość boską! Toć my przybyliśmy z arktycznej Polski i chcemy się ogrzać!

Po przewspaniałej kąpieli, gdzie nawet była ciepła woda, udaliśmy się na miejsce zbiórki dla chętnych. Po drodze była kolacja. Nasz przewodnik trochę nas pooprowadzał. Starałem się zapamiętać charakterystyczne elementy przy skrętach. Zaprowadził nas na koncert ogni czy jakoś tak to się nazywa. Muza była dobra, ludzi było sporo.

Ogólnie bawiłem się dobrze. Obok był bar. Idę po browara a barman, że mi nie sprzeda czy coś. Miał problemy. A niech go! Cały dzień o suchym ryju a teraz i to. No nic trudno, może gdzie indziej się uda.

W pewnym momencie mówię swojej Wiktorii lekko spanikowanym tonem, że wszyscy Polacy co byli z nami gdzieś poszli, gdzieś idą właśnie teraz i my też powinniśmy iść za nimi. Tak nie do końca mi o to chodziło. Byłem głodny, spragniony i cały czas myślałem o tym barze, o którym mówił nasz przewodnik że dziś po 21.00 są tam walki Muai Thai. Trenowałem w życiu głównie karate, ale także jiu-jitsu, brazylijskie jiu-jitsu, aikido, walka z bronią białą – kobudo, krav maga i podstawy MMA. Świat sztuk walk jest niesamowicie bliski memu sercu. No i chyba właśnie tam mnie ciągnęło.

Po drodze, gdy śledziłem gdzie idzie pewna grupa Polaczków, która akurat przymierzała jakieś ciuszki w przydrożnym sklepie zaczepił nas pewien Taj. Pokazuje menu restauracji. Mam wylane. Ale tak patrzę kątem oka. Mają browara w nienajgorszej cenie i całą kartę z żarciem w tym pizza. Więcej nie było mi trzeba w tym momencie. Poprosiliśmy o stolik i zasiedliśmy jak macharadżdże. Patrzę a to stolik drewniany. Dotykam ubytku drewna i nic, ciepła plastikopodobna powłoka. Czy to nie jest żywica epoksydowa? Dotykam krawędzi a tam takie wystające sople od swobodnego spływu żywicy w trakcie żywicowania. To oni tego nie zbierają patyczkiem co 20 minut przez 5 godzin tak jak ja to robię? A potem szlifuję by nie było widać. Powierzchnia też nie była idealnie równa. Nieszlifowana, nielakierowana i niepolerwawna. Po prostu ktoś wylał żywicę epoksydową i jak się rozlało tak zostało – ja szok!

Po chwili pizzunia na spodzie z sosem podkładowym czosnkowym i chłodne Changi. Należało się po całym ciężkim dniu. Dość długo pościłem przed wycieczką ale teraz na urlopie hulaj dusza piekła nie ma! Tzn. ogólnie nie ma czegoś takiego jak piekło, a strach i zmuszanie do bycia posłusznym czy winnym to główne cele systemu np. religijnego byśmy byli dającymi się kontrolować posłusznymi idiotami aż do śmierci wierząc w brednie. Ale ja nie o tym teraz. Po delikatnym zapchaniu trzewi w końcu śmieciowym żarciem i piciem procentowym udaliśmy się do ziemi obiecanej – pub z walkami Muai Thai. Idę i idę i idę i patrzę: no nie wierzę kolejka na całą ulicę i to nie jedną. Nie ma mowy że będę tu stał do rana! Idę dalej pod sam bar i wpierdzielam się na spokojnie tak by nikt nie zauważył, umiejętnie. Kobieta jak zawsze ma obiekcje bo wierzy w te chore konwenanse. Uciszam ją i wchodzimy. Trzeba kupić browar by wejść, taki jest wymóg. Poczwórna cena ale inaczej nie wejdziesz. No to bierzemy, oczywiście Changa! Kolejka za nami przeolbrzymia a my w środku. Przed nami normalnej wielkości ring bokserski WoW! I tak oto marny człowieczek ma chwile radości w swoim szarym nicnieznaczącym życiu. No ale pojawiają się kolejne problemy. Do walk jeszcze trochę a bar pełny. Gwar mi nie przeszkadzał, nie tu, nie teraz. Ale za to liczyłem, że gdzieś uda się kucnąć może nawet usiąść by na spokojnie wychylić nasze szklanice pełne po brzegi tajskiej wspaniałości. Zapomnij. Nawet schody zawalone ludem. Wracamy pod rejony wejścia. Chyba widziałem tam kolumienkę. Tak, jest. Oblegamy ją. Przynajmniej z jednej strony spokój. No i tam już pozostaliśmy. Kilka minut do walki. Znowu wali mi sianem. Patrzę w lewo: ekipa kobiet z browarkami głośno przeżywa, chyba też nietutejsze. Patrzę w prawo: stolik młodzieży. Na stoliku wiadro, białe słomki i ciecz, mordy ucieszone. Czuję marychę! No tak walą wiadro w pubie na legalu. I wtedy mi się to poukładało w głowie: ta laska na plaży, te ziomki teraz, te sklepy przy drogach cannabis z liściem marychy…. Tak! Marycha jest legalna w tym kraju! Serce się raduje, szacunek rośnie. Wszelkie wyroby z marichuany są zdrowe i pożądane. Tajowie nie mają z tym problemu. Szacuneczek.

Zaczynają się walki. Wchodzą zawodnicy. Na moje to tak z 7 lat. Moja Wiki mówi, że to przesłodkie. Dzieciaczki w rękawicach bokserskich walą porządne prawdziwe muai thai i ręce i nogi jak trzeba. Uroczo nie powiem, mimo że średnio się tego spodziewałem. Potem byli coraz starsi. Widziałem dwie formuły walk – było zarówno muai thai jak i zwykły boks. I takie i takie były walki.

Fajnie było. Niezapomniany klimat. Po kilku walkach poszliśmy zniszczeni całym długim dniem do hotelu się przespać no bo przecież rano dalsza część wyprawy. Leżę se prawie że nago i słyszę ten dźwięk… po raz pierwszy odkąd jestem w Tajlandii. Zamknąłem okno, spryskałem siebie i poduchę z kołdrą sprayem na komary (Mugga) i jakoś udało się zasnąć i nie zostać pożartym w nocy. To był długi dzień. Jeden z dłuższych w moim życiu.

Dzień VII – niebiańska plaża

Nasz przewodnik obiecał nam wcześniej, że wyruszymy szybciej i zobaczymy Maya Bay – lagunę z filmu z DiCaprio “Niebiańska Plaża”. Rzekomo od 9.00 już są turyści, ale my ruszymy o 8.00 i będziemy jeszcze przed nimi. Taa jasne. Nasza łódź znowu nie mogła zacumować, znowu niski stan wody. Ludzie byli wkurzeni na przewodnika za tamten ciężki spacer wtedy. Więc czekaliśmy aż stan wody się podniesie. Ponad godzinę. W tym czasie trochę połaziliśmy. Kobieta przymierzała jakieś koszulki. Po dłuższym czasie przyznała mi to co jej mówiłem na początku: że to rejon nastawiony na wyzysk turystów typu bogaty biały Europejczyk i ceny są razy 3 za wszystko co tam widzi. Mimo to próbowała. Nie złościłem się na nią. Cierpliwie kroczyliśmy pomiędzy straganami. Źródłem cierpliwości był oczywiście chłodniutki Chang w puszeczce. Jakoś wtedy mężczyzna jest taki spokojniejszy i nawet za wiele mu nie przeszkadza: toast dla spokojności! Gdy po godzinie zakupów nic kupić się nie udało zawróciliśmy do miejsca zbiórki. Niedługo po tym ruszyliśmy. Ahoj przygodo!

Kapitan dusił pedał podłoga a łódź stoi. Przewodnik poprosił by przejść na dziub. Było to ciekawe pytanie czy faktycznie tak odciążymy tył łodzi. Wraz z innymi świniakami przeszliśmy na dziub. Łódź ruszyła z miejsca bez problemu. Wtedy coraz bardziej zaczynałem się martwic swoją wagą… Już raz tak miałem na Zanzibarze. 6 chłopa typu chude murzyny pchają łódź, która nie chce nawet drgnąć. Podszedłem pchnąłem i poszła ino dudem w siną dal aż miło. Wtedy też czułem się świniakiem i wiedziałem, że trzeba będzie w końcu pomyśleć o diecie. Ale to po powrocie. Będąc tam wszystko miało sens. Aż żal kopać w kalendarz gdy dookoła tyle wspaniałości. Na Boga (obojętnie już którego) aż żyć się chciało!

No i sobie płyniemy. Były po drodze dwie przerwy na snurkowanie. Przewodnik zachęcał do pływania w tym skoków z łodzi. Ja patrzę, oczy jak 5zł. Długo nie musiał nic mówić…

Z rana kąpiel dużo daje. I obudzić się jest łatwiej i zamułka tak nie bierze. Nieco orzeźwienia i dzień wydaje się znośniejszy.

W końcu dopłynęliśmy. Trochę to trwało. Turystów oczywiście od groma i jeszcze trochę. Wyjście z łodzi stanowił pomost ułożony z takich pływających puzzli. Co ja się namartwiłem by kobita nie runęła przez barierkę na prostych nogach. Mówię że sekretem są ugięte nogi w kolanach, ale nie dotrzesz, nie dogadasz się, zapomnij.

Takich łódek jak nasza to przypływało średnio jedna co 2 minuty. Plaża się zapełniała a ludzie wchodzili w kadr. Miało być inaczej a jest jak jest. Dzień jak codzień. Idziemy dalej, po drodze najpierw kibel potem szybki szacuneczek dla Buddy:

Po krótkim pacierzu idziemy dalej taką dróżką z drewnianych bali. Niewinna dróżka, niby nic się nie dzieje. Wyłaniamy się z zapyziałych krzaczorów niczego nie świadomi jakto turyści a tam… Maya Bay:

Laguna Maya Bay

Wadą tego miejsca jest darcie ryja przez megafon pewnego Taja by nikt nie wchodził do wody bo kara 500$ oraz nawoływanie do kupowania kokosów w sklepiku nieopodal. Te hałasy były niepotrzebne. Miejsce urokliwe, mające coś w sobie. Specjalnie oglądałem jeszcze raz “Niebiańską Plażę” i zawsze jak pokazywali Maya Bay to nigdy w kadrze nie było tego przesmyku na środku. Zawsze tylko lewa lub prawa strona, zwykle prawa.

Dość dużo czasu tam spędziliśmy. Najwięcej zdjęć wykonałem właśnie tam. Rzekomo pływają tam tzw. baby-sharki czyli małe rekinki. W filmie nawiązano do nich bo DiCaprio walczył z rekinkiem i przeżył a 3 Szwedów zginęło, no prawie. Ostatniego DiCaprio musiał poddusić bo trzymał się życia na siłę denerwując biesiadny styl życia innym mieszkańcom, co dało podwalinę pod ostateczny rozłam społeczności “raju”, który nie do końca był taką sielanką jak się wydawało. Morał z tego taki, że ludzie nawet raj potrafią spierdolić.

Potem pływaliśmy po archipelagu i kąpaliśmy się na dość ciekawych plażach. Ostatnia była wyspa Bambusowa. Była to jedyna wyspa gdzie NIE rośnie bambus. Taki spokojny chill out. Kąpać tam tylko pozwalano w kamizelkach więc się nie kąpałem. Leżeliśmy się opalając niekoniecznie na kocu…

Chill out, wyspa bambusowa

Następnie zjedliśmy obiad i zawinęliśmy do portu. Stamtąd busami do naszych hoteli. Nasz bus wiózł tylko nas. Ciekawe czemu byliśmy jedynymi zapaleńcami wycieczek z hotelu Bandara Resort?! Jako że wróciliśmy o zmierzchu to relatywnie szybko poszło się spać. Następny dzień to… 23.01.2026 ostatni wolny dzień na Phuket. Sporo się jadło, plażowało no i jak zwykle mało się spało. Pamiętam, że odwiedziliśmy tego dnia bar, którego nie znaliśmy. Zjadłem tyle, że po raz pierwszy od przybycia do Tajlandii się napchałem bez tego niedosytu małą ilością. Docięliśmy opalanie tak, żeby było z czym do Polski wracać. Tego dnia zaczynałem myśleć o powrocie. Kiedy to minęło? Sprawdzałem na ichnym portalu takim w stylu bookinga: Agoda ile by kosztowało zostać na 3miesiące. Zaskakująco niewiele. Bałem się powrotu. Zastrzel ktoś.

Dzień IX – Słonie

Słonie były wycieczką pełną sprzeczności i niedopowiedzeń. Była to wyprawa do sanktuarium słoni. Tym razem jechaliśmy czarnym sedanem z jakąś babką Tajką. Pierwszy raz nie busem. Oczywiście Toyota. Tam Toyota rządzi. To była chyba Camry, taksówka. Przyjeżdżamy jako ostatni do tzw. Sanktuarium Słoni choć napis nad wejściem był: Lily Elephant Camp. Lili to nasz kotek, więc miłe skojarzenie.

Ze względu na to, że część Polaczkowa już była na “słoniach” a nam zamieniono termin na późniejszy to słyszeliśmy rozmaite legendy o tym jak się na tą wycieczkę nie ubierać, o błotach. Oczywiście były przesadzone.

Najpierw odwiedziliśmy rodzinkę słoni, gdzie jedno najmłodsze “Jaja” miało tylko 9 lat. Karmiliśmy ją. No tam były chyba same słonice, płci żeńskiej ze względu na łagodniejsze usposobienie względem turystów.

Lily Elephant Camp

Lily była bardzo kochana, lubiła ludzi. Bardzo pozytywna energia. Śmiesznie kochana.

Potem poszliśmy do wody gdzie były 4 inne słonie. Rzekomo mieliśmy je czyścić szczotkami. Nie wiem dlaczego tak to ktoś sformułował ale było dużo śmiechu i ciekawych zdjęć. Woda lekko brudnawa od odchodów zwierząt ale błoto to to nie było. Spokojnie, były prysznice w ośrodku.

Spacerek ze słoniami

Po prysznicach był posiłek. Skromny ale smaczny. Następnie nasz przewodnik nas poodprowadzał do samochodów i tym razem busem ruszyliśmy do naszego hotelu. Sam pobyt w zagrodzie słoni nie trwał zbyt długo, niecałe 3 godziny.

Następnego dnia z rana o 7.00 odwieziono nas na lotnisko. Minęło kilka dni. Jak dotąd nie płakaliśmy ani ja, ani Wiktoria. Lecz w sercu jakby czegoś brakowało. Czy wrócimy do Azji? Ostrzegłem i rodzinę i moją kobitę, ze pewnego dnia nie wrócę do Polski. Azja.

Cudowna Tajlandio, kiedyś wrócimy. Świat znów będzie tylko nasz!

Jeśli rozważasz czy dalej sknerzyć jak większość Polaczkowa czy masz przebłyski pomysłu wyjazdu to powiem tak: każdy urlop jest wart swej ceny! Bardziej niż kolejne rupiecie które kupujesz bo reklama ci pierze mózg.

Ahoj marynarzu!

No votes yet.
Please wait...

Facebook Comments